SixSilver Jubiler Gliwice

Rozmowa z Michałem Jaśniokiem, gliwickim radnym i wykładowcą uniwersyteckim

Twoja przygoda z samorządem zaczęła się 20 lat temu. Od tego czasu Gliwice bardzo się zmieniły, a Ty wraz z nimi. Jak wyglądały te
początki?

hop

Byłem wolontariuszem w jednej ze świetlic środowiskowych. W gronie społeczników rozmawialiśmy o systemie pomocy dzieciom. To właśnie w świetlicy środowiskowej pomagającej dzieciom poznałem Marka Pszonaka (red. obecny przewodniczący Rady Miasta), wówczas także wolontariusza. Miałem 22 lata i głowę pełną pomysłów. Pojawiła się inicjatywa, by spróbować o tym porozmawiać na szerszym forum, nie tylko jednego podwórka, na którym działaliśmy, lecz dzielnicy. Te dyskusje pozwoliły na poznanie liderów lokalnych, ówczesnych radnych, którzy zachęcili nas do kandydowania w wyborach. Tak się zaczęło i ten początek ma dla mnie znaczenie – to znaczy wpłynął na to, czym się zajmuję i jaka misja mi w tej pracy towarzyszy.

Początki chyba nie były łatwe?

Tak, ale miałem sporo szczęścia do ludzi, z którymi współpracowałem. W pierwszej mojej kadencji siedziałem na sali sesyjnej obok p. Iwony Filar, znanej nauczycielki, której wiele zawdzięczam – nie tylko tłumaczyła mi – młodemu studentowi – czym warto się zająć i jak robić to mądrze, ale także potrafiła wprost powiedzieć, że mogę zrobić coś lepiej. Jej szczerość była dla mnie bezcenna. Każdemu życzę takich osób wokół siebie. Było nas wówczas w Radzie Miasta aż pięćdziesięciu. To był dobry czas – mądrych, wspólnych decyzji, poznawania innych punktów widzenia i uczenia się politycznej tolerancji. Jednocześnie korzystałem z doświadczenia zdobytego w wolontariacie – praca w świetlicy nauczyła mnie znaczenia, które należy przywiązywać do pojedynczego człowieka, roli inwestycji w ludzi, a nie tylko w rzeczy materialne. Gdy po czterech latach uzyskałem najwyższy wynik wyborczy w swoim okręgu wyborczym (Zatorze, Szobiszowice, Centrum) radni postanowili, bym przewodniczył komisji ds. polityki społecznej. Tu też miałem dużo szczęścia – nie tylko dlatego, że inni radni służyli pomocą, ale i byli w stanie zaufać komuś bardzo młodemu. Średnia wieku w Radzie wynosiła wtedy 55 lat.

Najważniejsza rzecz jakiej nauczyłeś się przez te 20 lat?

Wyraźnie dostrzegam ją na swoim własnym przykładzie Jako debiutant miałem wiele pomysłów, dużo dobrej woli, ale starałem się robić wiele rzeczy naraz
i popełniałem błędy. Radni niemający doświadczenia, tacy jak wówczas ja, szybko orientują się, że sama dobra wola nie wystarcza – potrzebna znajomość przepisów, które szybko się zmieniają i na dodatek są naprawdę skomplikowane. Po latach wciąż mam dużo dobrej woli i energii do działania, ale wiem już, że praca radnego to nie sypanie pomysłami jak z rękawa i składanie obietnic dla uzyskania popularności, lecz przede wszystkim… słuchanie. Tak, doświadczeni samorządowcy mniej mówią, a chętniej słuchają.

Radnym często zarzuca się, że nie słuchają mieszkańców…

Mówiąc wprost – słuchać należy naprawdę każdego. Każdego kto ma coś sensownego do powiedzenia. Rozsądek pozwala potem na wyważenie różnych racji. Warto słuchać mieszkańców, to oczywiste, ale warto też zapoznać się z opiniami urzędników, nawet tych najbardziej niechętnych inicjatywie. Każda ze stron ma argumenty, które – początkowo zaskakujące – mogą okazać się bardzo racjonalne. Po wielu latach mam pewność, że praca radnego to właśnie umiejętność podejmowania nie zawsze popularnych decyzji uwzględniających bardzo sprzeczne niekiedy interesy. Warto nie zamykać się na opinie. Otwarta głowa, kreatywność i zaangażowanie to chyba najlepsze połączenie cech dla samorządowca.

Kolejny raz kandydujesz z list Koalicji dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza, jak to się stało, że znalazłeś się w tej grupie?

Nieustanna walka między PO a PiS spowodowała, że w Radzie Miasta rosła liczba osób zmęczonych polityką warszawską. To byli radni niemający ambicji parlamentarnych – po prostu samorządowcy. Nie chcieliśmy się kojarzyć z żadną z ogólnopolskich partii – nie mieliśmy żadnego wpływu na ich działania, zresztą w ogóle nie chcieliśmy tego wpływu. Mieliśmy już sporo kadencji za sobą razem i wiedzieliśmy, że przebieg drogi bardziej na północ lub na południe nie realizuje ani postulatów lewicowych ani prawicowych. Myślenie kategoriami partii dla samorządowców nie ma żadnego sensu. Do takich myśli dojrzewali radni, dojrzewał prezydent. Teraz to już dla nas oczywistość.

Członkowie KdG pochodzą z różnych środowisk, co Was w takim razie łączy?

Tak, jesteśmy z bardzo różnych stron, ale różnice światopoglądowe nam zupełnie nie przeszkadzają. To daje nam właściwie niezwykłą okazję do wysłuchania z szacunkiem bardzo odmiennych opinii.Mocno na klubach radnych się spieramy. Nie mamy, wbrew temu, co niektórzy sądzą, jednolitego stanowiska. Owszem, potem w wyniku dyskusji zbliżamy się do tego wspólnego poglądu – im dłużej się rozmawia, tym lepiej rozumie się argumenty drugiej strony. Ostatecznie wychodzimy z pewną wspólną propozycją, która bardzo często jest zupełnie inna niż ta, od której zaczynaliśmy. Nawet radni z innych klubów przyznają, że tym, co nas łączy, jest nasza niechęć do populizmu. Zarówno prezydent, jak i radni jego klubu, znani są z tego, ze nie podejmują decyzji dla poklasku, dla uzyskania popularności. Myślimy o konsekwencjach swoich decyzji w przyszłości.To, co nas łączy, to po prostu brak populizmu.

Nie myślałeś nigdy o dużej polityce? Nie chciałeś iść do Sejmu, do Warszawy?

Nie. Wśród różnych moich cech jest ta, którą w sobie bardzo lubię. Nie mam ciśnienia, by iść w górę. Gdy czuję, że coś robię dobrze, chcę to robić nadal. Nie muszę piąć się wyżej. To daje mi jakiś wewnętrzny spokój, ale też poczucie spełnienia. Mam zresztą wątpliwości, czy odnalazłabym się w dużej, warszawskiej polityce. Jestem wolnym strzelcem, cenię niezależność. Nie czuję się dobrze w sytuacji, gdy pojawiają się przekazy dnia i każdy musi powtarzać to, co mu napisano.

Uczestniczyłeś w pewnym sensie w wojnie, która toczyła się kiedyś pomiędzy Platformą a Frankiewiczem. Jak wspominasz tamten czas? Teraz Platforma poparła Frankiewicza, myślisz, że to już jest koniec tego sporu?

Ten spór w ogóle nie miał charakteru programowego. Był wynikiem wzajemnych osobistych uraz. To był chyba najgorszy czas, jaki pamiętam z tych 20 lat, które spędziłem w samorządzie. Otrzymywanie uchwał pisanych na kolanie i drukowanych na 5 minut przed rozpoczęciem sesji, bez sprawdzenia ich zgodności z przepisami, bez kalkulacji następstw – to był naprawdę koszmar. Emocje były na sesjach tak duże i radni mówili publicznie w stosunku do siebie tak przykre rzeczy, że dotychczas świetnie rozumiejący się i współpracujący ze sobą ludzie przestali nawet witać si ze sobą. Szczęśliwie wszyscy uniknęli ryzyka wypowiedzenia o jedno słowo za dużo. Dziś mamy to za sobą – radni zrozumieli, że ich zachowanie oraz język, którego używają, wpływa na wizerunek nie tylko ich samych, ale i Gliwic.

Jak z punktu widzenia lokalnej polityki oceniasz poparcie – do tej pory niezależnego i tak już od lat prezentującego się prezydenta – przez dwie partie polityczne, Platformę i Nowoczesną?

Na tym poparciu prezydent korzysta w mniejszym stopniu, niż popierające go ugrupowania. Ktoś mógłby powiedzieć, że poparcie w ogóle nie było mu potrzebne. Jest jednak coś, o czym warto pamiętać. Ten gest stanowił wyraz poparcia dla pewnego stylu działania – PO i .N uznały, że mogą realizować swoje programy nie w wyniku walki, lecz współpracy. To na pewno nowa jakość. Nawet jeśli poparcie tych partii nie spowoduje wyższego wyniku wyborczego Z. Frankiewicza, to na pewno deklaracja poparcia przyniesie korzyść miastu. Unikatowy w skali regionu rozwój Gliwic związany jest w dużej mierze z polityczną stabilnością. Przypominam, że w głosowaniu nad sprawozdaniem z realizacji budżetu „za” głosowali wszyscy radni, podobnie było z głosowaniem nad budżetem miasta (tu przy jednym głosie wstrzymującym). Partnerzy Gliwic po prostu wiedzą, że miasto jest wiarygodne, a decyzje przewidywalne. Powiedziałem kiedyś, że Gliwice to wyższa kultura samorządności. Myślę, że to dalej aktualne i jest to – co warto podkreślić – także zasługą opozycji.

Tu od razu pojawi się zarzut, że w Gliwicach nie ma opozycji, prezydent Frankiewicz sobie wszystkich podporządkował, a to, co PiS, czy PO będą teraz przedstawiały w kampanii wyborczej, to jest pic na wodę, bo potem wszyscy zgodnie będą głosowali z Frankiewiczem.

Warto więc zobaczyć, jak odbywają się sesje, bo są przecież publiczne, bądź przyjść na komisję, bo tam toczą się szczegółowe dyskusje. Łatwo wówczas przekonać się, że na początku spór jest bardzo ostry, potem krzyżują się ze sobą argumenty i bardzo często kończy się to wspólnym wnioskiem. Jeśli Zygmunt Frankiewicz „kupuje” opozycję, to wyłącznie poprzez argumenty. Jesteśmy miastem akademickim, odsetek osób z najwyższym wykształceniem jest trzeci w Polsce, po Warszawie i Krakowie. Gliwice są miastem, w którym populizm nie ma szans.Krytykowanie opozycji za to, że nie jest populistyczna, że głosuje biorąc pod uwagę argumenty, a nie korzyści polityczne jest nieuczciwe.

To są argumenty natury jakiej? Finansowej, społecznej, politycznej?

Każdego typu – z wyjątkiem argumentów politycznych. Podział na partyjne bloki w samorządzie jest bez sensu. Dlaczego koś ma być przeciw dobrym projektom uchwał tylko dlatego, że jest z PiS, PO lub SLD? Są miasta, w których tak to się odbywa. Jesteśmy chlubnym wyjątkiem. Na razie. Oby jak najdłużej.

Często pojawia się zarzut, że prezydent jest technokratą i nie zwraca się w Gliwicach uwagi na takie
drobne, ludzkie potrzeby…

Że wszystko to, co robimy to działalność na rzecz przedsiębiorców?

Tak, że Koalicja i Frankiewicz dbają o gospodarkę, natomiast nie robi się tych rzeczy ludzkich, przyziemnych.

Te opinie są krzywdzące. Prawda dotyczy pierwszego elementu – tak, dbamy o gospodarkę, bo by móc dochód podzielić, trzeba go najpierw wytworzyć. Klimat inwestycyjny, rozwój biznesu są bazą budżetową, która powoduje, że sytuacja miasta jest wyjątkowo dobra. To nie może się zmienić. Powiem więcej – wspieranie przedsiębiorczości jest instrumentem polityki społecznej. Zamiast dawać zasiłek, Gliwice mogą zaoferować atrakcyjną pracę. Nie zmienia to faktu, że są także mieszkańcy, którzy znajdują się w sytuacji wymagającej wsparcia – długotrwale bezrobotni, niepełnosprawni, osoby starsze potrzebujące np. usług opiekuńczych. Z tego powodu wydatki na tradycyjną pomoc społeczną są w Gliwicach jedną z największych pozycji budżetowych. Ktoś może być zaskoczony, ale łatwo to sprawdzić. Co do innych działań – często słyszymy zarzut, że Gliwice oszczędzają na kulturze. To chyba kwestia efektywności działań. Jest w Gliwicach kilkaset wydarzeń kulturalnych na rok. Intensywność jest różna, sezon teatralny kończy się, zaczynają się teatry uliczne, potem festiwale muzyczne. Te wydarzenia są najczęściej celowane do określonych segmentów odbiorców, dlatego czasem sam uzmysławiam sobie, że trudno dostrzec skalę całości.

Rzeczywiście kultura jest, są koncerty, i to muzyki poważnej, i rozrywkowej, i historyczne wydarzenia, natomiast ta kultura nie wychodzi do mieszkańca, nie widać jej na ulicy.

Mamy Stację Artystyczną Rynek, w której wydarzenia kreują wręcz widzowie, bowiem celem jest animowanie społeczno-kulturowe lokalnej społeczności. Jest Łabędź w Łabędach, o odmiennym profilu kulturalnym, ale dokładnie takich samych zadaniach – animowania społecznego, pobudzania, przyciągania do kultury. W tych miejscach kultura wychodzi nie tylko „do mieszkańca”, ile i „od mieszkańców”.

Co zrobiłeś dla miasta przez te 20 lat? Pytam o rzeczy drobne – jako przedstawiciel swojego osiedla, ale też wiadomo, że radni nie głosują tylko nad ławeczkami na osiedlu, ale też nad dużymi inwestycjami Więc takie największe sukcesy, osiągnięcia?

Radni przede wszystkim tworzą lokalne prawo, tak jak posłowie i senatorowie tworzą prawo krajowe. Dyskusja np. o lokalizacji ławeczek jest dla mieszkańców bez wątpienia ważna, ale toczy się na forum rad osiedli. Zadaniem radnych powinno być tworzenie działań systemowych. Podam przykład. Jestem przewodniczącym rady Śląskiej Fundacji Wspierania Przedsiębiorczości w Gliwicach. To instytucja, która wspólnie z prezydentem cztery lata temu rozpoczęła projekt tworzenia klubów seniora. Takie miejsca udało się stworzyć w wielu punktach, także w mojej dzielnicy. Każdy ma swoją specyfikę – czasem bardzo blisko współpracuje z radą osiedla, czasem z parafią – wpływ mają na to konkretni ludzie tworzący te kluby. Rozwiązaniem systemowym, z którym jestem kojarzony w dzielnicy, jest doprowadzenie wiele lat temu do porozumienia między PKP a Miastem Gliwice, które skutkowało rozpoczęciem inwestycji w postaci przejścia dla pieszych łączącego Zatorze z centrum miasta pod torami kolejowymi. Udało się, bo nikt nie powiedział mi, że to niewykonalne (śmiech). Do najnowszych sukcesów zaliczam też kilka projektów, których mieszkańcy nie widzą tak wprost, ale bardzo mocno organizują proces podejmowania decyzji. Mam na myśli tutaj statut, który rodził się przez dłuższy czas w Radzie Miasta. Udało się ten proces przyspieszyć i połączyć różne koncepcje – wręcz ogień z wodą – i doprowadzić do powstania dokumentu, który satysfakcjonował wszystkich. Ten dokument ma ogromne znaczenia dla miasta, choć nie widać tego wprost. Dzięki jego treści proces podejmowania decyzji w radzie jest łatwiejszy. Byliśmy w stanie przewidzieć, jakie sytuacje mogą nastąpić i zabezpieczyć się pod tym kątem. Podkreślam – byliśmy – bo po latach mam absolutne przekonanie, że na sukcesy trzeba pracować w zespole, a nie w pojedynkę.

Wytłumaczmy może czym jest statut miasta, co to jest za dokument?

Organizuje on pracę miasta. To zbiór przepisów, stanowiących szkielet, do którego podpinane są dokumenty szczegółowe. Przyjęliśmy rzadko spotykane rozwiązanie, ale okazało się najlepszym z możliwych – pozwala to na elastyczne działanie rady i prezydenta. Mamy świadomość tego, że miasto to żywy organizm, który ewoluuje. Przykładowo – z biegiem lat zmieniają się radni, zmieniają się więc ich priorytety, pojawiają się nowe zadania, więc pewnych rzeczy nie wpisywaliśmy wprost, np. nazw i zadań komisji, lecz tworzyliśmy strukturę wzajemnie uzupełniających się przepisów. System, krótko mówiąc. Przewodniczyłem komisji, która pracę doprowadziła do końca. Dało nam to wszystkim dużą satysfakcję i… wpłynęło na poprawę klimatu w Radzie Miasta, o którym wcześniej rozmawialiśmy. Radni przekonali się, że zgodna współpraca między sobą i z prezydentem jest możliwa – potrzebny jest tylko konkret, wyraźny cel i uporządkowane działanie, które do niego mają prowadzić.

Wyobrażasz sobie, co będzie, kiedy zabraknie Frankiewicza? Pewnego dnia powie, że to już ostatnia kadencja, wystarczy.

Spokojnie. Mamy już ukształtowaną markę miasta, mamy ukształtowany jego profil, jest świetny klimat inwestycyjny, który bardzo wyróżnia Gliwice i je napędza w rozwoju, mamy specjalistów, którzy w ciągu tych lat pojawili się w różnych obszarach. To zasługa prezydenta i chyba w naszym wspólnym – mieszkańców – interesie jest, by kierował miastem jak najdłużej. Gliwice to już sprawnie nakręcony mechanizm. Jeśli pojawi się kiedyś następca – powinien tylko tego nie zepsuć. Następca albo następczyni.

___________________________________

Michał Jaśniok – urodzony w 1976 roku, doktor nauk ekonomicznych, specjalista z zakresu zarządzania strategicznego, wykładowca uniwersytecki. Od 1998 roku nieprzerwanie reprezentuje mieszkańców dzielnic Zatorze, Szobiszowice i Centrum jako gliwicki radny, od 10 lat prowadzi stronę www.jasniok.pl. Działa społecznie m.in. w Powiatowej Radzie Rynku Pracy i Śląskiej Fundacji Wspierania Przedsiębiorczości.

hopijedziesz

4 KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Please enter your comment!
Please enter your name here