sobota, 28 maja, 2022

ROZMOWY

Depresja wśród dzieci. Marta Golbik: Chorują nawet trzylatkowie

0

Rozmowa z Marta Golbik, poseł PO i przewodniczącą Parlamentarnego Zespołu ds Zdrowia Psychicznego Dzieci i Młodzieży. Już 22 listopada w Arenie Gliwice konferencja dot. depresji wśród młodych ludzi. Zapisy pod linkiem: https://www.facebook.com/events/s/konferencja-depresja-u-dzieci-/898581304120342/

Barbara Dziuk: To jest odpowiedzialność za drugiego człowieka

0

Zapraszamy na rozmowę z Barbarą Dziuk, poseł Prawa i Sprawiedliwości z naszego okręgu, która bardzo cieżko przeszła chorobę covidową.

– To miała być rozmowa o polityce, o bieżących wydarzeniach, być może rozmowa kontrowersyjna, być może rozmowa ostra, rozmowa o podziałach. To lubią politycy, to lubią media, to lubią widzowie. Emocje! I to będzie emocjonalna rozmowa. Będzie o życiu, o tym, co w życiu być może najważniejsze, o przeżyciu. Rozmowa dla tych wszystkich, którzy Covidu się boją i tych, którzy się go nie boją. – mówi Marek Morawiak, redaktor naczelny.

Wybory w śląskiej PO. Czy partia ma szansę odzyskać tu władzę?

0

Wybory władz śląskiej Platformy, które odbędą się jutro zdeterminują jej kurs w przyszłości – to, kogo dzisiaj wybiorą członkowie partii na szefa regionu może zdecydować czy Platforma odzyska władzę na Śląsku. Kandydatów jest dwóch: poseł Wojciech Saługa i prezydent Sosnowca Arkadiusz Chęciński.

W ten weekend przed członkami śląskiej PO emocje związane z wyborami władz powiatowych i regionalnych. Po zmianie, jaka w lipcu dokonała się na szczeblu centralnym i powrocie Donalda Tuska do krajowej polityki, przychodzi czas na zmiany lokalne. Decyzję o starcie w wyborach już dawno zapowiedział obecny szef lokalnych struktur PO, poseł, a poprzednio marszałek województwa – Wojciech Saługa.

Saługa popierany jest przez Borysa Budkę, do niedawna przewodniczącego Platformy w kraju. Pamiętać należy, że samo odejście Budki z pełnionej przez niego funkcji następowało w atmosferze wielkiego rozczarowania jego przywództwem. Niewątpliwie z jego wyborem wiązano wielkie nadzieje na zmianę społecznego postrzegania Platformy.

Relatywnie młody, dobrze wykształcony Budka miał dać Platformie nową energię, która tak efektownie umieściła go na szczycie partyjnej władzy. Po niespełna dwóch latach jego rządów okazało się, że kierowana przez niego partia nie tylko nie zahamowała spadającego poparcia, ale wręcz skierowała się ku przepaści.

Rozmowa z Arkadiuszem Chęcińskim w studiu Dzisiaj w Gliwicach:

Do tego dochodził wybijający się z publicznych mediów przekaz, mówiący o braku jakiegokolwiek konstruktywnego pomysłu ze strony Platformy. I rzeczywiście – już od dłuższego czasu można było odnieść wrażenie, że w przekazie największej partii opozycyjnej nie sposób odnaleźć spójnego przekazu, który pozwalałby na odbudowę jej dawnego poparcia.

Wyborcy oglądający od lat ten sam spektakl, w którym podejmowane przez rządzący PiS decyzje kontestowane są z definicji przez opozycję, odwracają się od Platformy. Wyrazem tego była korzystająca z efektu świeżości partia Szymona Hołowni. Sama Platforma, chociażby w sprawie rozgrzewającego społeczeństwo sporu o zmiany w sądownictwie, od wielu lat mówi wyłącznie o woli powrotu do stanu sprzed PiS.

Społeczeństwo zgodne jest zaś w tym, że takie zmiany nie spowodują naprawy tego, co przecież i tak nie działało najlepiej. Dopełnieniem „upadku” niedawnego przewodniczącego był jego udział w sławetnych urodzinach, po których został przyłapany na kłamstwie i za co niczym dziecko został skarcony przez swojego następcę.

Pytani przez nas, o wartość tego poparcia, ludzie związani z Platformą wyrażają skrajne odczucia. Jedni bowiem cieszą się z samego faktu, że za Wojciechem Saługą stanęła osoba rozpoznawalna, nadal uważana za wpływową w PO. Jednak nawet wśród zwolenników Saługi pojawia się obawa o jakość tego zestawienia.

– Borys jest obecnie postrzegany jako osoba passé, który nie wróci już na dawne stanowiska w Platformie – mówi w rozmowie z nami jeden z członków gliwickiej PO – Trzeba pamiętać, że jego czas został zakończony nie tylko powrotem Tuska, który wcale nie pała do niego wielką miłością, ale zagrożony jest również potencjalną przyszłością z Rafałem Trzaskowskim na czele. – Borys nie tylko otworzył dwa zupełnie różne fronty, czyniąc to w momencie dla siebie wyjątkowo niekorzystnym. Jego poparcie jest raczej „obciążeniem” niż zbawieniem, zwłaszcza dla Wojtka, który również musi się zmierzyć z demonami z przeszłości.

Mowa o odpowiedzialność Saługi za kazus Kałuży. Jest to największa dotychczas porażka Saługi w roli szefa śląskiej Platformy. Choć on sam nie uważa się za jej ojca, tak w Platformie, jak i wśród ludzi, z porażką jest jednoznacznie kojarzony. O ile w ogóle jest kojarzony – co jest jego drugim problemem. Saługa pełni obecnie funkcję posła, nie wyróżniając się przy tym przesadną aktywnością. Jednocześnie był w przeszłości marszałkiem województwa, który dla większości mieszkańców pozostawał jednak anonimowy.

– Wojtek faktycznie przesypia najważniejsze momenty – zauważa przychylny mu działaczy, który jednak nie zamierza popierać jego kandydatury. To mimo wszystko wartościowy człowiek, ale obciążony takimi porażkami, od których nie sposób się już odciąć. – twierdzi dalej. – Dzisiaj głosowanie na Saługę jest kompletnym brakiem instynktu samozachowawczego Platformy, porównywalnym z „popisem” Borysa twierdzącego, że w czasie urodzin Mazurka przygotowuje konwencję PO. 

W wyścigu wyborczym wyzwanie Sałudze rzucił Arkadiusz Chęciński, prezydent Sosnowca. Od wielu dni intensywnie przemierza wszystkie powiaty, zabiegając o poparcie dla własnej kandydatury. Z naszych informacji wynika, że popiera go większość samorządowców związanych lub wywodzących się z Platformy, w tym i środowisko związane z byłym i obecnym prezydentem Gliwic.

– Arek jest czasem jak strzelec, który wykonując zadanie obraca się wokół własnej osi, raniąc swoich kompanów, ale ma coś, co dzisiaj niewątpliwie musi mieć przywódca – potrafi mobilizować ludzi, nie boi się wyzwań, nie jest konformistą, a przede wszystkim jest kreatorem przyszłych rozwiązań, a nie wyłącznie krytykiem obecnych. 

Faktycznie Chęciński słynie ze swojej energii, która niekoniecznie uwidacznia się w działaniach Saługi. – Wojtek nie jest typem charyzmatycznego fightera, co wcale nie musi przeszkadzać – przekonuje inny z naszych rozmówców. – Jednak każdy czas wymaga odpowiednich ludzi. Wojtek dzisiaj nim nie jest. Z nim Platforma może tylko dryfować, ale na pewno nigdzie nie dopłynie – ciągnie swój wywód. Takie oceny nie są odosobnione. Przejawia się w nim obawa, że Platforma Saługi nie będzie miała genu zwycięzcy.

Niektórzy twierdzą, że jest to celowa i świadoma taktyka, która ma zapobiegać, a przynajmniej ograniczać ryzyko wygranej. – Wygrana oznacza konieczność rzeczowej i ciężkiej pracy. Po co to komu, kto może trwać w opozycji, korzystając z przywileju przysłowiowego „leniuszka” – słyszymy wśród szeregowych członków PO. – Dzisiaj tylko Arek jest w stanie porwać ludzi do pracy, zainspirować ich, przyciągnąć nowych. 

Prezydent Chęciński już dzisiaj osiągnął coś, co nie udało się posłowi Sałudze. Mianowicie zaktywizował również ludzi z Platformą niezwiązanych. Na tym tle toczy się zresztą kuluarowa dyskusja, w której zwolennicy Saługi zarzucają Chęcińskiemu wprowadzanie w temat wyborów osób, które nie powinny się w tej materii wypowiadać. – Wybory w Platformie są wewnętrzną sprawą Platformy – słychać po stronie zagorzałych zwolenników Saługi.

– Wybory w Platformie zdeterminują jej kurs w przyszłości. To kogo dzisiaj wybierzemy na szefa regionu decydować będzie również o tym, czy Platforma w ogóle będzie partią wybieraną przez społeczeństwo – zauważa z kolei stronnik Chęcińskiego, który dodaje – Powrót Donalda Tuska dobitnie pokazuje ten mechanizm. Ludzie odwracali się od Platformy, bo kierował nią przewodniczący, na którego nigdy nie oddaliby głosu. Tutaj będzie podobnie. Ludzie niezwiązani z Platformą muszą mieć na kogo głosować, a w ich odbiorze będzie to właśnie lokalny przywódca. Dzisiaj może nim być facet, który w naszym bastionie doprowadził do najbardziej spektakularnej zdrady, jaką pamiętam, stając się „ojcem sukcesu” władzy PiSu, albo energiczny człowiek, który nie boi się formułować słów krytyki również pod adresem swoich kolegów – podkreśla. 

Zgodzić się należy z tezą, że te wybory albo odwrócą opozycyjny na Śląsku, obecny los Platformy, albo spetryfikują nowy układ na wiele, wiele lat. Ostatecznie to wyborcy zdecydują, czy PO stanie się ich alternatywą. Może nią być jednak wyłącznie wówczas, gdy przestanie brać udział w politycznym spektaklu, a zacznie energicznie pokazywać korzyści, jakie mogą wynikać z jej rządów. W przeciwnym razie ludzie postawią na spokój i stabilizację, które widzą dzisiaj również w obecnej władzy. 

22-latek z Knurowa dwukrotnie uratował życie obcej kobiety

Dominik to 22-letni mieszkaniec Knurowa, który został dwukrotnym dawcą szpiku, ratującym tym samym życie obcej osobie. Dominik z szerokopojętym wolontariatem związany jest od dwóch lat, co zauważyło Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii wyróżniając go za pracę na rzecz lokalnej społeczności.

Pod koniec ubiegłego roku Regionalne Centrum Wolontariatu w Katowicach uznało Dominika Borczyka, za II najlepszego Koordynatora Wolontariatu w woj. Śląskim m.in za kierowanie projektem Szlachetna Paczka w mieście Knurów. W 2021 Dziennik Zachodni nominował Borczyka do nagrody Osobowość Roku w kategorii Działalność Społeczna i Charytatywna.

Historia Dominika nie jest jedną z tych najszczęśliwszych, opisywanych często przez dawców szpiku, bowiem po kilku miesiącach walki z chorobą, obywatelka Danii zmarła. Mimo przykrego zakończenia, Dominik nie rezygnuje i dalej pomaga Fundacji DKMS w szukaniu potencjalnych dawców szpiku dla niespokrewnionych osób z całego świata. 

– Nie patrzę na zakończenie tej historii tylko i wyłącznie w szarych barwach. Wiem, że dzięki mojej decyzji o podzieleniu się cząstką siebie, ta kobieta miała kilka miesięcy więcej życia. Jestem przekonany, że ten czas został przez nią wykorzystany najlepiej. To było kilka miesięcy dłużej na spędzenie czasu z dziećmi, mężem, przyjaciółmi oraz najbliższymi. W głębi serca czuję, że moja genetyczna bliźniaczka czuwa nade mną i pomaga mi nieść pomoc dalej. Kto wie, może okaże się, że zostanę dawcą szpiku dla jeszcze jednej osoby. – mówi Dominik Borczyk.

– Dominik jak zaczęła się Twoja przygoda z Fundacją DKMS? Co sprawiło, że zostałeś potencjalnym dawcą szpiku? Co powiedziałbyś osobom, które zastanawiają się nad zamówieniem pakietu rejestracyjnego z bazy DKMS?

– Moja historia z DKMS-em zaczęła się pod koniec czwartej klasy szkoły średniej, gdy zamiast iść na lekcję, poszliśmy na lekcję otwartą poświęconej tematyce chorób nowotworowych, powiązaną z dniem dawcy szpiku. Za organizację odpowiadała nauczycielka wychowania fizycznego, która od kilku lat organizuje dzień dawcy szpiku dla pełnoletniej młodzieży z Czerwionki-Leszczyn. Po kilkudziesięciu minutach prezentacji poświęconej idei dawstwa szpiku wspólnie ze znajomymi postanowiłem, że zarejestrujemy się w bazie DKMS, bo przecież to nie boli i nic nie kosztuje. 

Co powiedziałbyś osobom, które zastanawiają się nad zamówieniem pakietu rejestracyjnego z bazy DKMS?

– Nie chciałbym na nikim wywierać presji, ponieważ decyzja o podzieleniu się cząstką siebie jest indywidualną sprawą każdej osoby. Natomiast warto zaznaczyć, że komórek macierzystych, jak i krwi nie da się wyprodukować, a dzięki naszej decyzji, ktoś może mieć uratowane życie Z reguły, gdy widzimy, że ktoś potrzebuje pomocy, to natychmiast reagujemy – w tym przypadku nie widać tego, że ktoś potrzebuje tej pomocy w danej chwili, aczkolwiek kto wie, może telefon z DKMS zadzwoni po kilku latach, a my będziemy mogli uratować życie małej dziewczynki. Krótko mówiąc – nasza decyzja może spowodować, że ktoś będzie mieć uratowane życie.

Czy czujesz się jak superbohater? 

– Nie, czuje się z tym faktem dosyć normalnie. Po prostu mam miłe wspomnienia, że mogłem “przeciągnąć” jej życie o kilka miesięcy. Możliwe, że czułbym się lepiej, gdyby ta kobieta dalej żyła. 

Czy oddanie szpiku boli?

– Nie będę kłamać, że nie boli, ponieważ po pierwszym pobraniu z talerza kości biodrowej dochodziłem ponad tydzień do siebie, a ból towarzyszył mi przez blisko 3 tygodnie. Za drugim razem oddałem szpik z krwi obwodowej, ta metoda nie bolała zbyt mocno, ponieważ do złudzenia przypomina tradycyjne oddawanie krwi z tym, że oddanie szpiku trwało od 7.00 do 14.00, a oddanie krwi trwa zwykle od kilku do kilkunastu minut. Były momenty, gdy jedna lub druga metoda pobrania szpiku sprawiała ból, lecz świadomość uratowania komuś życia od razu uśmierza uczucie bólu oraz pozwala to przezwyciężyć.

Jak zareagowałeś, gdy otrzymałeś list informujący, że Twoja genetyczna bliźniaczka zmarła?

– Nie wspominam tego momentu najlepiej. Szczerze? W momencie, gdy widziałem w skrzynce pocztowej list nadany przez Fundacje DKMS zawsze mega się cieszyłem, ponieważ z tyłu głowy pojawiała się myśl, że może otrzymałem informacje o kolejnej osobie, której będę mógł pomóc – myliłem się. Po przeczytaniu listu, na kilka chwil świat się zatrzymał – ciężko było mi przetrawić tą wiadomość. Mimo tego, iż nigdy nie widziałem tej kobiety, to płakałem tak, gdyby umarł mi ktoś bliski. Miałem nadzieję, że kiedyś dojdzie do spotkania między mną, a tą kobietą, aby poznać się bliżej. 

Myślisz czasem o tej przykrej historii?

– Nie, nie myślę o tym zbyt często. Myśli przypominające o tej historii pojawiają się zazwyczaj, gdy ktoś zapyta o moją przygodę z DKMS. Mam po prostu nadzieję, że kilka ostatnich miesięcy życia ta kobieta wykorzystała jak najlepiej, a teraz obserwuje mnie z góry i również pomaga mi w życiu. 

Czy Twoje dwie historie zainspirowały kogoś do rejestracji w bazie Fundacji DKMS?

– Tak, po pierwszej oraz drugiej publikacji mojej historii odezwało się do mnie kilkadziesiąt osób mówiąc o tym, że dzięki mnie zamówiło pakiet rejestracyjny, tym samym stając się potencjalnym dawcą szpiku. Do dziś co jakiś czas, ktoś wysyła mi zdjęcie z rejestracji mówiąc, że moja historia zainspirowała kogoś do dołączenia do bazy DKMS. 

Dominik, dziękujemy za wywiad. Mamy nadzieję, że po tej publikacji Fundacja DKMS nie nadąży z wysyłaniem pakietów rejestracyjnych. 

– Ja również dziękuje. Chciałbym zaznaczyć, że służę dobrą radą dla wszystkich zainteresowanych powyższym tematem. 

Rozmawiała Katarzyna Pachelska. 

Warto wiedzieć…

  • Bez względu na wiek – każdy może zachorować. Na szczęście każdy może też pomóc. Dla wielu chorych jedyną szansą na życie jest przeszczepienie krwiotwórczych komórek macierzystych od niespokrewnionego Dawcy. Jedynie 25% Pacjentów znajduje „bliźniaka genetycznego” w rodzinie, pozostałe 75% zdanych jest na Dawców niespokrewnionych. Prawdopodobieństwo znalezienia odpowiedniego Dawcy wynosi od 1:20 000 do nawet 1 do kilku milionów. 

    O przeszczepieniu decyduje zgodność cech tkankowych, których jest ponad 13 000 i mogą występować w milionach kombinacji. To właśnie sprawia, że poszukiwania są tak trudne. 
  • Na całym świecie jest ponad 30 milionów potencjalnych Dawców szpiku, ale nadal nie wszyscy Pacjenci znajdują swojego „bliźniaka genetycznego”.

Aby zostać potencjalnym Dawcą szpiku, wystarczy zamówić pakiet rejestracyjny na www.dkms.pl.

Prawnik z Gliwic może zostać RPO? Rozmowa z Robertem Dopierałą

0

Robert Dopierała, adwokat z Gliwic może zostać nowym kandydatem na Rzecznika Praw Obywatelskich. Jeśli Bartłomiej Wróblewski, poseł PiS, nie zostanie – a wszystko wskazuje, że tak właśnie będzie – zaakceptowany przez Senat, wtedy PiS będzie mógł pójść jedną z dwóch dróg: zgłaszać kolejnych nieakceptowalnych przez opozycję kandydatów i w ten sposób przeciągnąć wybory aż do lipca, lub przedstawić kandydata, na którego zgodzi się opozycja. Gdyby doszło do tego drugiego scenariusza, największe szanse na powodzenia miałby właśnie prawnik z Gliwic. Dopierała znany jest nie tylko z wielu głośnych spraw karnych, ale także ze swojej działalności społecznej, polegającej głównie na edukacji prawnej najmłodszych obywateli.

Marek Morawiak: Z moich informacji wynika, że o Pana kandydaturze rozmawia się nie tylko na szczeblu lokalnym – wiedzą o niej i senator Frankiewicz, wieloletni prezydent Gliwic i gliwiczanin Borys Budka, ale i centralnym – w Warszawie. Co ciekawe pomysł zrodził się w obozie władzy, choć Pan nigdy z tym środowiskiem nie był kojarzony. Właściwie w ogóle nie jest Pan kojarzony z polityką. Być może to Pana atut?

Robert Dopierała: Przez znajomych z dawnego środowiska politycznego zostałem poinformowany o tym, że moja osoba jest sondowana jako kandydat na wypadek niepowodzenia wyboru Bartłomieja Wróblewskiego…

Dawnego środowiska? Czyli jednak nie jest Pan zupełnie oderwany od polityki?

Jako młody człowiek byłem członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Zawsze uważałem, że „bogatym nie jest ten kto posiada, ale kto zdolny jest dawać”, stąd moje młodzieńcze spojrzenie na świat. Nadal uważam, że nikogo nie należy pozostawiać w potrzebie. Mniej niż polityka interesowało mnie wtedy naprawianie świata. To taka być może młodzieńcza naiwność.

Rzeczywiście nie jest Pan typowym lewicowcem – zwłaszcza patrząc przez pryzmat obecnej lewicy – wiem, że jest pan wierzącym i praktykujący katolikiem.

Nie wstydzę się swojej wiary. Od małego chodziłem do Kościoła i zawsze uważałem, że w życiu należy kierować się uniwersalnymi zasadami, takimi jak miłość, przyjaźń, czy szacunek do drugiego człowieka. Chyba wszyscy się co do tego zgadzamy, bez względu na wyznawaną religię, czy poglądy polityczne. W praktyce oczywiście rożnie to wychodzi, często ci, którzy mają usta pełne frazesów o szacunku zachowują się zupełnie inaczej, ale musimy przede wszystkim przestać traktować siebie nawzajem jak wrogów. 

Historia uczy nas, że Polacy osiągali wielkie cele, kiedy byli zjednoczeni. Naprawdę uważa Pan, że możliwe jest w obecnych warunkach pogodzenie zwaśnionych „plemion”?

Każdy obywatel zasługuje na szacunek, czy jest wierzący czy nie, czy jest pracownikiem czy pracodawcą, kobietą czy meżczyzną, czy jest z Polski A czy z Polski B. Jesteśmy różnorodni doświadczeniami, ale zawsze łączy nas wspólna przeszłość i wspólna przyszłość. Od tego nie uciekniemy i jestem przekonany, że to zjednoczenie jest możliwe, ale muszą to zrozumieć obie strony politycznego sporu. Nie tyle politycy, bo oni tymi skrajnymi emocjami grają, ale my – Obywatele.

Dotychczas Rzecznikami Praw Obywatelskich byli, co prawda bardzo utytułowani, ale jednak teoretycy. Czy uważa Pan zatem, że czas na wybór praktyka?

Bardzo łatwo jest wtłoczyć naukowców w spór polityczny. Skoro profesorowie prawa, rady wydziałów prawa, zajmowali stanowisko w zakresie zmian w wymiarze sprawiedliwości, to z łatwością można było im przypisać określone sympatie polityczne, bez względu na to, czy mieli racje czy nie. Wydaje się, że właśnie dlatego tak trudno znaleźć jest odpowiedniego kandydata na RPO spośród środowiska naukowego. Każdy bowiem może zostać uznany za kandydata partyjnego, na którego nie zgodzi się druga strona… 

Naukowego, a tym bardziej politycznego jak poseł Wróblewski. Jaki zatem powinien być RPO?

Wydaje się, że dzisiaj Rzecznik Praw Obywatelskich musi pogodzić sprzeczne światopoglądy, skupiając się na wartościach, które łączą ludzi. Szczególnie obecnie musi zmienić priorytety swoich działań. Uważam, że czas, w którym się znajdujemy wymaga skoncentrowania się na zapewnieniu obywatelom podstawowego dobra i prawa – prawa do życia w spokoju, w atmosferze wzajemnego szacunku. Tak jak podstawowym prawem dziecka jest prawo do beztroskiego dzieciństwa, bez obserwowania kłótni rodziców, tak każdy obywatel ma prawo dzisiaj oczekiwać tego samego w warunkach życia w państwie. Polityka ustawia nas obecnie na pozycjach, w których cały czas musimy wybierać, opowiadać się za takim lub innym stanowiskiem. Każdy pomysł jednej strony sporu politycznego jest kontestowany tylko dlatego, że pochodzi od drugiej. Ludziom wybierającym Prawo i Sprawiedliwość zarzucamy zacofanie, a zwolenników opozycji ustawiamy w roli obrońców starych, skompromitowanych układów. To się musi skończyć.

Tylko RPO nie za bardzo ma narzędzia, którymi mógłby kreować przyszłość, jego działalność sprawdza się raczej do interweniowania post factum…

Choć Rzecznikowi nie przysługuje prawo inicjatywy ustawodawczej, to jednak może być również kreatorem prawa służącego ochronie obywateli w ramach tzw. wystapień generalnych. Uważam, że znaczna cześć aktywności RPO powinna być właśnie temu poświęcona. Dzisiaj funkcjonowanie Rzecznika w dużej mierze skupia się na interweniowaniu w sprawach, w których już doszło do naruszenia praw i wolności obywatelskich. Częstokroć pozostają one wynikiem nie tyle ludzkiej, czy urzędniczej złośliwości, ale właśnie niedoskonałości stanowionego prawa. Wystąpienia generalne powinny się koncentrować właśnie na przygotowywaniu zmian legislacyjnych, które mogą temu zapobiegać. 

W swojej przeszło piętnastoletniej praktyce z pewnością nie raz spotkał się Pan z przypadkami braku elementarnej wiedzy o prawie wśród obywateli. To wynika bardziej z braku edukacji, czy z braku szacunku do tegoż prawa, do jego instytucji?

W swojej działalności społecznej i fundacyjnej skupiam się na spotkaniach z najmłodszymi. Takie spotkania dają ogromnie dużo pozytywnych emocji, a jednocześnie wymagają znacznie większego wysiłku intelektualnego niż rozmowa o prawie na poziomie akademickim. Tłumaczenie przedszkolakom czym jest prawo, że wypływa ono z naturalnej potrzeby człowieka do porządkowania otaczającej go rzeczywistości, dlaczego ważna jest jego stabilność i prostota, pozwalająca na jego powszechne zrozumienie, jest bardzo trudne. Nie mam przy tym ambicji kreowania z dzieciaków prawników. Uważam jednak, że ten element jest bardzo zaniedbany w edukacji. Na codzień nie uświadamiamy sobie, jak trudnym dla człowieka jest wejście w dorosłość, w której podejmowane decyzje, a w zasadzie czynności prawne, częstokroć mogą wpływać na całe ich życie. Problem w tym, że uczymy się od małego liczyć, znamy podstawy geografii, a nie potrafimy zrozumieć znaczenia prostego tekstu umowy. Prawo nakłada na nas wiele obowiązków, stanowione są nakazy i zakazy, do których musimy się stosować, toteż państwo nie powinno pomijać prawa w programie nauczania. Działalność taka jak moja jest niezbędna, ale bez wsparcia systemowego nie będzie w stanie przynieść pożądanego efektu. 

Ciężko jest szanować prawo, kiedy nie czujemy, że stoi ono po naszej stronie. Przeciętny Kowalski boi się wręcz instytucji, które z założenia powinny go bronić. Z drugiej strony widzimy, że prawo służy cwaniaczkom, którzy potrafią sprytnie je omijać…

Musimy pamietać o jednym – przysługujące nam – obywatelom prawa wiążą się zawsze z obowiązkami. Ludzie mają prawo żądać poszanowania ich praw przez państwo, ale muszą również mieć świadomość własnych obowiązków wobec tego państwa. Społeczeństwo obywatelskie nie jest zbiorem osób, wysuwających wyłącznie żądania. Trzeba jeszcze dać coś od siebie. Równowaga pomiędzy powinnością a prawem możliwa jest jednak tylko wówczas, gdy najpierw przywrócimy wzajemny szacunek do siebie. Za słowami profesora prawa, byłego prezydenta Grecji – Konstandinosa Tsatsosa można powiedzieć, że „człowiek powinien mieć taką wolność, na jaką zasłużył”. Szacunek dla prawa, dla innych ludzi, dla ich praw, ale i zrozumienie dla obowiązków, pozwolą nam osiągnąć znacznie więcej, niż działania Rzecznika, niezależnie od tego kto nim ostatecznie zostanie. 

Wierzy Pan, że może nim zostać ktoś bez politycznego umocowania?

Nie chciałbym brać udziału wyłącznie w plebiscycie popularności partii politycznych. Sens ubiegania się o stanowisko RPO widzę tylko wówczas, gdy moja kandydatura będzie akceptowalna dla większości parlamentarnej, mając realną szanse na wybór. Trudno zresztą o inne podejście, jeśli jednym z założeń przyszłego funkcjonowania ma być również mediacyjna rola Rzecznika, zmierzająca do urzeczywistnienia podstawowego prawa każdego z nas – prawa do życia w spokoju i zgodzie. 

Z.Frankiewicz: Powrót Tuska? Nie ziębi mnie to i nie grzeje

0

Z wieloletnim prezydentem Gliwic, obecnie senatorem, przewodniczącym Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej oraz prezesem Związku Miast Polskich, Zygmuntem Frankiewiczem rozmawia Marek Morawiak.

Senator Jacek Bury odchodzi z klubu Koalicji Obywatelskiej i rozpoczyna współpracę z ruchem Polska 2050. Powinniśmy się spodziewać kolejnych transferów? Przygląda się pan Hołowni?
Jeśli pyta pan czy zamierzam przenosić się do Hołowni to odpowiem krótko: nie zamierzam.

Ale przyzna pan, że jest to interesujące zagranie – zyskując zaledwie jednego senatora Polska 2050 ma teraz mocną kartę, to od nich zależeć będzie – i tak już chwiejna – opozycyjna większość w Senacie.
Jeśli wierzyć medialnym doniesieniom, Jacek Bury rzeczywiście związał się z Szymonem Hołownią, od razu ucinając spekulacje, to senackiej większości nie zmieni.

Nie zmieni?
Znam Jacka Burego całkiem dobrze, cenię go, to bardzo inteligentny człowiek o państwowym myśleniu, jeżeli on będzie próbował na coś wpływać to sądzę, że to będą bardzo potrzebne sprawy. Sądzę, że to nie jest żadna zła zmiana. 

„Kierownictwo partii opozycyjnych zajmuje się sobą, utrzymaniem swoich funkcji, rozdzielaniem subwencji, lansem w mediach, po roku w Senacie mam przekonanie, że żaden z nich nie chce dziś przejąć władzy.” – to słowa senatora Burego, ma pan podobne odczucia?
Mówił to wielokrotnie i trudno się z nim nie zgodzić. Nie widać tej pracy, konsekwencji, determinacji żeby zacząć naprawiać Polskę zaczynając od odsunięcia PiS od władzy. Po naszej stronie, ale co ciekawe też w części PiSu, na różnych poziomach tej partii, nawet tych bardzo wysokich, można usłyszeć potwierdzenie opinii, że PiS psuje państwo. W związku z czym trzeba z tym skończyć, ale za mało determinacji jest po stronie opozycyjnej. 

Może determinacji, a może przywództwa? Platforma w ostatnim sondażu CBOS zajęła trzecie miejsce, za Hołownią.

Cały wywiad można przeczytać na portalu Wirtualna Polska

M.Budny, prezes PZO: Stawiamy na edukację ekologiczną

0

Dobrze znane gliwiczanom Przedsiębiorstwo Składowania i Utylizacji Odpadów zmieniło się w Przedsiębiorstwo Zagospodarowania Odpadów. Ta zmiana to nie tylko kwestia różnicy w nazewnictwie, ale przede wszystkim zmiana filozofii działania firmy z zaznaczeniem istotnych kwestii ekologicznych. Z Magdaleną Budny, prezes PZO rozmawia Marek Morawiak.

Marek Morawiak: Wdrażacie Państwo właśnie nową, proekologiczną strategię spółki. Jej mocnym puntem będzie edukacja ekologiczna, która w tak rozbudowanej formie stanowi pewną nowość w tym obszarze?

Magdalena Budny: Zależy nam na zmianie dotychczasowych przyzwyczajeń związanych z tematem segregacji oraz przełamaniem stereotypu, że odpady to temat brudny, kłopotliwy i niewart uwagi. Zmiany mają też charakter merytoryczny – jak choćby dotyczące nieprecyzyjnego nazewnictwa , bo przykładowo „utylizacja” to pojęcie potoczne, nie figurujące w przepisach. Oczywiście konieczne było również formalne uporządkowanie działalności m.in. pod kątem zgodności Polską Klasyfikacją Działalności- niektóre elementy usunęliśmy, w ich miejsce pojawiła się nowa klasyfikacja. 

Nowa nazwa, nowa strategia i… nowa siedziba. Nie boi się Pani, że decyzja o realizacji takiej inwestycji, w bardzo trudnym dla wielu przedsiębiorstw momencie może budzić kontrowersje? 

Dla mnie jako szefa, najważniejszy jest kontakt z pracownikami. Wszystkimi pracownikami. Od momentu powstania spółki działa ona w dwóch lokalizacjach: przy ul. Zwycięstwa mieści się siedziba zarządu, natomiast przy ul. Rybnickiej znajduje się instalacja przetwarzania odpadów oraz biura pracownicze. W mojej ocenie jest to często kłopotliwe i nieekonomiczne. Zależy nam na tym aby pracować razem, istotne jest aby wspólnie tworzyć dobry zespół, bo to jest bogactwo firmy. Szef powinien być ze swoimi pracownikami każdego dnia, razem z nimi rozwiązywać problemy i razem z nimi cieszyć się z sukcesów. Stąd decyzja o wyborze lokalizacji jest dosyć oczywista.

Nowa siedziba w założeniu ma być nie tylko miejscem pracy, ale przede wszystkim miejscem ciekawych i ambitnych przedsięwzięć. Skąd pomysł na uruchomienie Centrum Edukacji Ekologicznej? 

Nowa siedziba powstanie przy ul. Rybnickiej. Projekt już jest gotowy, przygotowujemy się do ogłoszenia przetargu na wykonawcę tego zadania. Mamy na to zabezpieczone własne fundusze ale być może skorzystamy też z dofinansowania zewnętrznego. Odpady nie znikają po wrzuceniu do kosza. Chcemy aby nie tylko dzieci i młodzież ale również wszyscy mieszkańcy mieli możliwość zobaczenia co się z nimi dzieje później. Chcemy pokazać jak działa nasze przedsiębiorstwo i jak ważne jest segregowanie odpadów i ich recycling. Dzięki tym działaniom część z tych odpadów może być ponownie wykorzystana, stąd pomysł utworzenia Centrum Edukacji Ekologicznej.

Wiem, że Centrum będzie dysponowało salą multimedialną, powstanie w nim ekspozycja wystawiennicza, a na dachu budynku ścieżka edukacyjna.

Tak, zależy nam, aby w sposób świadomy i odpowiedzialny przekazywać wiedzę na temat ekologii i segregacji, zaczynając już od najmłodszych pokoleń. Dlatego chcemy aktywnie współpracować z radami dzielnic, przedszkolami, szkołami, uczelniami wyższymi oraz innymi jednostkami miejskimi. Te wszystkie działania mają na celu zwiększenie świadomości ekologicznej, a tym samym ochronę naszego środowiska.

Do realizacji tych ambitnych projektów udało się już pozyskać jakiś partnerów? 

Rozpoczęliśmy współpracę między innymi z Politechniką Śląską. Przykładem może być Wydział Architektury, gdzie na dedykowanych zajęciach studenci zajmowali się przygotowaniem wystaw dotyczących dbałości o naszą planetę i środowisko naturalne, tworzyli też gry planszowe związane z ideą segregacji i recyklingu. Z kolei wspólnie z Wydziałem Inżynierii Środowiska i Energetyki oraz Wydziałem Chemicznym Politechniki Śląskiej będziemy realizować pilotażowy projekt budowy oczyszczalni dla odcieków.

Odzysk oczyszczonej wody pozwoli na wykorzystanie jej do nawadniania terenów zielonych?

Dokładnie tak. To działanie w ramach systemu gospodarki w obiegu zamkniętym. Na to przedsięwzięcie będziemy starać się o środki zewnętrzne i mam nadzieję, że uda się nam je pozyskać. 

Współpracujecie nie tylko z Politechniką.

Aby zwiększyć bezpieczeństwa pilotów i osób korzystających ze znajdującego się w pobliżu wysypiska lotniska, nawiązaliśmy kontakt z sokolnikiem. Wraz ze swoimi ptasimi podopiecznymi pomaga on w zmniejszeniu liczby ptactwa, które gromadzi się nad terenem, gdzie znajduje się nasza instalacja przetwarzania odpadów. Możemy pochwalić się też własną kompostownią. Przetwarzamy w niej zbierane z terenu miasta odpady zielone. W planach mamy produkcję nawozów i związków azotowych, które będzie można wykorzystać do produkcji rolnej. 

Drugie Życie Rzeczy – tak nazywa się najnowsza akcja, której pomysłodawcą jest PZO. O co w niej chodzi? 

Zależy nam na tym, aby niechciane przedmioty otrzymały nowe życie. Często mamy kłopot co zrobić na przykład ze starym dywanem, bo właśnie kupiliśmy nowy lub biurkiem, które już nie jest potrzebne naszemu dziecku. Teraz każdy mieszkaniec Gliwic może zostawić meble, książki, zabawki, wózki dziecięce czy sprzęt sportowy w specjalnym punkcie odbioru. Uruchomiliśmy go w sąsiedztwie Punktu Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych przy ul. Rybnickiej 199 B. Pozostawione tam rzeczy trafią do tych, którym są potrzebne. Dzięki takim działaniom mieszkańcy Gliwic mają szansę wspomóc nie tylko naturalne środowisko, ale i drugiego człowieka. Usługa jest nieodpłatna.

Punkt Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych czyli popularnie PSZOK cieszy się dużym zainteresowaniem mieszkańców. Można tam szybko i sprawnie pozbyć się niektórych odpadów. Niestety w Gliwicach działa tylko jeden taki punkt, czy możliwe jest uruchomienie kolejnych?

Faktycznie, gliwiczanie mają aktualnie do dyspozycji jeden Punkt Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych. Można w nim oddawać m.in. odpady zielone, zużyte opony, odpady budowlane i rozbiórkowe czy odpady wielkogabarytowe. Chcemy zwiększyć ich dostępność dla mieszkańców, dlatego Przedsiębiorstwo Zagospodarowania Odpadów wspólnie z gliwickim samorządem złożyło wnioski o wsparcie unijne na budowę nowych punktów PSZOK. Jest więc szansa, że wkrótce na terenie miasta pojawią się kolejne takie punkty.

“Miasto udowodniło, że nie o mieszkańców tutaj chodzi”

0

Bardzo ważna rozmowa o Wilczych Dołach. Z Dawidem Pasieką i Wojciechem Kostowskim ze stowarzyszenia Zdrowe Miasto rozmawia Marek Morawiak.


Marek Morawiak: Walka o Wilcze Doły trwa, prezydent twierdzi, że chce zabezpieczyć szpital i mieszkańców przed powodzią. Dlaczego chcecie mu to zablokować?

Dawid Pasieka: Przez kilka miesięcy trwania tego sporu Miasto udowodniło, że nie o mieszkańców tutaj chodzi i nie oni są najważniejsi. Ten zbiornik ma być wybudowany przede wszystkim ze względu na planowaną w tym miejscu zabudowę, czyli dla przyszłych deweloperów. Argumenty o zagrożeniach powodzią dla szpitala wielospecjalistycznego i okolicznych mieszkańców są wykorzystywane na potrzeby propagandowe. 

MM: Niedawno wiceprezydent Śpiewok przyznał się, że są już inwestorzy zainteresowani tym terenem… 

DP: Wcześniej się o tym nie mówiło. A decyzja o budowie zbiornika zbiega się w czasie z oddaniem do użytku obwodnicy. Trzeba sobie też jasno powiedzieć, że w przypadku powodzi, zbiornik zapewni jedynie kilka godzin opóźnienia, osłabi falę, trzeba też pamiętać, że to nie Wójtowianka zagraża szpitalowi. Problemem jest Kłodnica i niedrożna kanalizacja.

Czyli ta inwestycja jest niepotrzebna?

DP: Jest potrzebna, ale ten projekt jest zły. Nie uwzględnia istniejącej infrastruktury, którą można wykorzystać, nie spełni żadnej funkcji w czasie suszy, jest za drogi, bo z powodu błędów w obliczeniach jest za duży i w efekcie jego realizacji zniszczony zostanie ceny przyrodniczo obszar. Ten projekt jest do zmiany i my taką zmianę proponujemy, ale prezydent tych argumentów nie przyjmuje do wiadomości. Zaryzykuję nawet, że ich tak do końca nie zna.

Wojciech Kostowski: Dla mnie oburzające jest, że Miasto latami ukrywało projekt, a zwłaszcza jego rzeczywistą skalę. Nie mówi się też, że ten zbiornik ma dodatkową funkcję – odbioru wody deszczowej z terenów silnie uprzemysłowionych, o bardzo wysokim stopniu zabetonowania. Projekt „udaje”, że dotyczy tylko tej zlewni istniejącej, rolniczej. Teraz prezydent zapewnia, że inwestorzy będą zobowiązani do zapewnienia retencji, ale w projekcie nie wyznaczono odpływów kontrolowanych – co powinno mieć miejsce przy takim obowiązku, nie było też o tym mowy na spotkaniu, które odbyło się w październiku.

Dla wszystkich jest chyba jasne, że sprawa jest przesądzona i zbiornik powstanie. Zorganizowane ostatnio „konsultacje” tylko to potwierdzają. Więc może już czas złożyć broń?

DP: Przede wszystkim to nie były konsultacje, tylko farsa. Jedno pytanie zamknięte, z wyborem dwóch wariantów, bez możliwości wyrażenia opinii. W dodatku mieszkańcy nie mieli żadnego wpływu na kształt obu wariantów. Brak jakichkolwiek mechanizmów weryfikacyjnych spowodował, że w ciągu 2 dni w 170 tysięcznych Gliwicach głos oddało pół miliona osób. W mojej ocenie ta próba udawanego, rzekomego „wsłuchiwania się w głosy mieszkańców” zakończyła się wielką kompromitacją prezydenta i osób odpowiedzialnych za przeprowadzenie tej akcji. Jeżeli prezydent, tak jak obiecywał w wyborach, chciałby słuchać mieszkańców, to zgodziłby się na modyfikację projektu zbiornika z uwzględnieniem kompromisowych postulatów mieszkańców.

Możecie jednak mówić o pewnym sukcesie. Koncepcje zagospodarowania to efekt protestów. Wcześniej nie było o tym mowy.

DP: Tak, można tak powiedzieć. Przyznał to nawet wiceprezydent Śpiewok. Jednak te przedstawione propozycje zagospodarowania, w kontekście tych wszystkich błędów, to tak naprawdę mydlenie oczu. To nie powinno tak wyglądać. Należało od początku planować kompleksowo. Nasza koncepcja i nasze argumenty pozwoliłyby ten teren zachować w prawie niezmienionej formie.

WK: Poza tym, to proponowane zagospodarowanie, nawet pięknie zaprojektowane przez dobrą pracownię, musi zacząć się od koparek i zniszczenia, wycinki prawie 700 drzew. Dopiero później można próbować to jakoś upiększać i to pod warunkiem, że znajdą się na to środki finansowe. My uważamy, że tego nie trzeba niszczyć i dewastować, w dodatku za kolosalne pieniądze.

Miasto ma nad wami przewagę – przygotowało wizualizacje, wydało 70 tysięcy gazetek, zleciło zrobienie filmu o powodziach, ma swoją gazetę, ma umowy z mediami na publikację przychylnych artykułów. Wy takich pieniędzy i możliwości nie macie, w zderzeniu z urzędniczą machiną jesteście na przegranej pozycji. Kolejny raz pytam: dlaczego tak uparcie walczycie?

DP: Na pewno pod względem budżetu nie jesteśmy w stanie konkurować z Miastem, które, co jest szczególnie bulwersujące, bez ograniczeń wydaje publiczne pieniądze – 30 tys. na film, 15 tys. na ulotki, 30 tys. na wizualizacje, 100 tys. na badanie opinii publicznej. Szczególnie przykre jest – mamy takie poczucie od początku – że nie jesteśmy przez prezydenta traktowani jako mieszkańcy, partnerzy, tylko jak wróg którego trzeba zniszczyć.

Starają się wam przyczepić łatkę grupki ludzi, która z powodu jednego drzewka, jednej żabki, nietoperza, czy „widoku z okna” blokuje ważną dla wszystkich inwestycję.

DP: Wydaje mi się, że w tym sporze, to my jesteśmy bardziej racjonalni niż władze. Na każdym kroku, gdzie tylko możemy, podkreślamy, że rozumiemy potrzebę powstania zbiornika, ale dostosowanego do realnych potrzeb i zgodnie z profesjonalnym projektem. Gliwice stać na to. To, co się dzieje, nie uwzględnia różnych interesów społecznych, uwzględnia tylko interes miasta, a to przecież da się połączyć.

To jaki Wy macie pomysł Wilcze Doły?

WK: Przede wszystkim, wykorzystanie istniejącej infrastruktury i uwzględnienie tych błędów, które wskazaliśmy, spowodowałoby, że zbiornik może być kilkukrotnie mniejszy. Wtedy nie trzeba pogłębiać terenu koparkami i wycinać niemal 700 drzew. Zbiornik kopalniany, stare kąpielisko oraz teren poniżej poligonu mógłby zmienić się w atrakcyjne rozlewisko, na tym terenie planowanego zbiornika można zrobić zaporę kamienną, a nie betonową, z niewielkim regulowanym lustrem wody. Byłoby ładnie, nowocześnie i komponowałoby się z przyrodą. W Gliwicach mamy za to takie projektowanie rodem z poprzedniej epoki – odwracanie biegu rzek, osuszanie mórz.

DP: Przykładem może być Ostropka. To, że ona czasem wylewa, to jest właśnie efekt jej wyprostowania, i tego, że jest w korycie. Rzeka, która meandruje płynie dłużej, zwalnia falę powodziową. Aktualnie w UE dotuje się renaturyzację rzek, ostoi przyrody i rekomenduje się, aby inwestycje prowadzić uwzględniając tego rodzaju aspekty.

Jeszcze raz pytam dlaczego? Pojawiają się głosy, że to jest akcja polityczna.

DP: Nie ma w tym żadnego politycznego interesu. Nigdy nie byliśmy i nie jesteśmy związani z żadną opcją polityczną, choć pomagali nam już politycy ze wszystkich opcji – z Lewicy, PiS i PO.

WK: Jesteśmy wewnętrznie jako grupa społeczników bardzo zróżnicowani. Jest u nas całe spektrum poglądów politycznych. Ważna jest sprawa i to, czy ktoś chce realnie pomóc, a nie barwy polityczne.

Jesteście z Sikornika i Wójtowej Wsi, gdyby taki zbiornik budowano w Żernikach albo Łabędach, też walczylibyście z takim zaangażowaniem?

DP: Gdybyśmy odkryli jakieś bulwersujące fakty, to na pewno mając już jakąś wiedzę i doświadczenie w tego rodzaju sprawach, moglibyśmy i chcielibyśmy pomóc. To chyba naturalne, że działanie musi zacząć się od tych, których problem bezpośrednio dotyczy.

Sprawę zbiornika zgłosiliście do Najwyższej Izby Kontroli. Dlaczego?

DP: Tak, wniosek został złożony. W pierwszym projekcie popełniono poważne błędy, w prostych matematycznych działaniach. Kluczowych parametrów nie zweryfikował kolejny projektant, nie sprawdzono tego również w koreferacie. To jest ten błąd, który tak naprawdę definiuje skalę projektu i jego koszty. Miasto obowiązuje dyscyplina finansów publicznych, tymczasem 360 tysięcy złotych wydano na projekt, 118 tys. na koreferat, 100 tys.  na badanie opinii publicznej, 30 tys. na wizualizacje, 30 tys. na film, a do tego te wszystkie dokumenty, teoretycznie profesjonalne, zawierają błędy, które na etapie wykonania mogą spowodować marnotrawstwo publicznych środków.

WK: My nadal będziemy o Wilcze Doły walczyć. Mamy tyle spraw rozpoczętych, tyle organów zewnętrznych jest już w to zaangażowanych, że to po prostu trwa i będzie trwać.

Wydawałoby się, że sprawa Wilczych Dołów i tak dużego, zaangażowania mieszkańców, zebraliście przecież 10 tys. podpisów, powinna zainteresować radnych. Czy zwracali się do was, proponowali wsparcie?

DP: Zaledwie kilku radnych próbowało „coś” robić w tej sprawie. Radne Budka i Filipkowska z KO, radny Chmielewski z PiS i radny Wróblewski z KdG, to były te osoby, które pisały interpelacje. Bardzo to smutne, bo rozmawialiśmy ze wszystkimi radnymi, dzwoniliśmy do nich, pisaliśmy pisma. Większość z nich pozostała bez odpowiedzi.

WK: Miasto cynicznie wykorzystuje nieprawdziwe informacje na temat zbiornika czy naszych działań, które pojawiają się w internecie i stara się nas przedstawić jako nierzetelnych, jako oszołomów, jako polityków, ale my naprawdę posługujemy się profesjonalnymi ekspertyzami i twardymi faktami.

Dlaczego?

WK: Po prostu nie chcemy żeby władza szła po lini najmniejszego oporu, marnując przy tym publiczne pieniądze i niszcząc nieodwracalnie zielone tereny. 

Kredytobiorca może skierować pozew przeciwko bankowi

0

Zapraszamy Państwa na ciekawą rozmowę z adwokatami reprezentującymi na co dzień klientów w sporach dotyczących kredytów frankowych przed sądami w Gliwicach. W jej trakcie pojawia się sporo ważnych informacji dla osób, które zastanawiają się nad wystąpieniem na drogę sądową przeciwko bankowi, który udzielił takiego walutowego kredytu.

Z adwokatami Maciejem Jansonem oraz Maciejem Puldą z kancelarii JPM Adwokaci z Gliwic rozmawia Marek Morawiak.


Marek Morawiak: Chciałbym porozmawiać z Panami o wciąż gorącym temacie kredytów frankowych.

Maciej Janson: Nie Pan jedyny, to ostatnio bardzo modny temat rozmów.

MM: Wiadomo, my Polacy najbardziej lubimy rozmawiać o polityce, a w tej sprawie politycy mieli wiele do powiedzenia, tylko jak zwykle skończyło się na deklaracjach, a frankowicze zostali pozostawieni sami sobie. Jak wygląda teraz ich sytuacja? 

Maciej Pulda: Faktycznie, ludzie zostali z pustymi deklaracjami i kredytami, których raty podwoiły się w stosunku do zawieranych umów kredytowych. Jedynym ratunkiem, jest dochodzenie swoich praw przed sądem, a tutaj sytuacja dość dynamicznie się zmienia. 

MM: Postępowanie sądowe to długa i skomplikowana procedura, do tego banki mają główne siedziby w Warszawie, procesy toczą się przez wiele lat.

MJ: Tak, postępowanie sądowe przeciwko bankowi nie należy do prostych, ale dziś możemy wytoczyć pozew przed sąd właściwy dla naszego miejsca zamieszkania, czyli nasza sprawa rozpatrywana może być przez sąd rejonowy albo okręgowy w Gliwicach. Opłata sądowa też nie jest znaczna, bo na dziś jest to 1000 złotych niezależnie od wartości kredytu. 

MP:  Samo postępowanie według obecnej praktyki nie jest wyjątkowo długotrwałe. Istotna trudność polega na prawidłowym sformułowaniu pozwu, właściwym określeniu żądania.

MM: Czyli prawidłowe napisanie pozwu wszystko załatwia? Brzmi zbyt pięknie.

MJ: Oczywiście nie. Napisanie pozwu to dopiero początek a i sam pozew jest skomplikowanym dokumentem odwołującym się do przepisów prawa cywilnego i bankowego, konkretnej umowy kredytowej i bogatego orzecznictwa sądów Polskich oraz Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Musimy przyznać, że nawet w naszej kancelarii tylko niektórzy adwokaci zajmują się prowadzeniem tych spraw, bo konsekwencje błędnego postępowania to przegrana idąca w setki tysięcy złotych więc prowadzenie takich postępowań wymaga jednak specjalizacji. 

MP: Trzeba dodać, że niestety znane są przypadki kiedy sprawy dot. kredytów frankowych, banki wygrywały na skutek błędnego określenia żądania pozwu. Na własne oczy widzieliśmy sprawy, w których pełnomocnicy nie wiedzieli czy sprawa dotyczy kredytu indeksowanego czy denominowanego. Ba, zdarzało się, że pełnomocnicy wadliwie kompletowali dokumentację dotyczącą spłat kredytu. Takie błędy mogą kosztować bardzo wiele w procesie. 

MM: Ale to już mamy za sobą i teraz sprawę jest łatwiej wygrać?

Wójcik: Andrzej Duda dużo zrobił, żeby walczyć z pedofilią

0

Było głosowanie w tamtej kadencji, pamiętam, że posłowie PO, kiedy daliśmy projekt zaostrzenie kar dla pedofilów – między innymi w niektórych przypadkach nawet 30 lat pozbawienia wolności – to wyciągnęli karty do głosowania i wyszli z sali. – mówi Michał Wójcik, wiceminister sprawiedliwości w rozmowie z Markiem Morawiakiem.

Przyjechał Pan do Gliwic w ramach kampanii, żeby namawiać mieszkańców do głosowania na Andrzeja Dudę, ale akurat wtedy zaczęło padać.
Za to atmosfera była bardzo gorąca. Sam Pan widział, pomimo tego, że deszczowo nas przywitały Gliwice, to jednak sporo było ludzi. Jestem im za to niezmiernie wdzięczny. Cieszę się zwłaszcza dlatego, że z Gliwic pochodzi moja mama. 

Grzegorz Schetyna, z którym rozmawiałem kilka dni temu, chyba wolałby, żeby w dniu wyborów pogoda nie była najlepsza. Mówi, że słoneczna pogoda negatywnie wpływa na wyniki Platformy.
Nigdy na to nie patrzę. Przecież to jest kluczowy element demokracji – człowiek, który zostanie wybrany, musi mieć jak najsilniejszy mandat społeczny. Uważam, że jak najwięcej ludzi powinno wziąć udział w wyborach. 

Dobrze, pogoda nie ma znaczenia, a media, mają wpływ na wynik wyborów?
Zauważalna jest na pewno próba wpływania mediów na przebieg wyborów. To, co jest napisane bądź powiedziane w mediach, ma ogromny wpływ na kształtowanie świadomości ludzi, sposób powiedzenia, zaprezentowania czegoś ma duży wpływ na pewne sprawy – mówię o tym w kontekście zdarzenia, które miało miejsce w jednej z gazet. 

Chodzi o Fakt? 
Tak, chodzi o to, jak został pokazany prezydent Duda na okładce jednego z numerów. Uważam, że akurat ten artykuł był nieuczciwy. To było coś, co trudno mi było zaakceptować. To, co się stało w tej gazecie, to co ta okładka sugeruje, jest niedopuszczalne.

Podpowiedzmy czytelnikom, którzy być może jej nie widzieli — pierwsza strona, zdjęcie prezydenta, obok gromy napis: „Trzymał córkę, bił po twarzy i wkładał jej rękę w kroczę” i już dużo mniejszymi literami „Panie Prezydencie jak Pan mógł ułaskawić kogoś takiego?”
Nie ukrywam, bardzo mnie to zasmuciło i zabolało – z prostego powodu – Andrzej Duda jest człowiekiem, który dużo zrobił, żeby w Polsce walczyć z pedofilią. To on doprowadził do zmiany art. 240 w kodeksie karnym. Do 2017 roku w tym przepisie nie było uwzględnionej sytuacji, w której dajmy na to – ktoś jest świadkiem, posiada wiedzę na temat gwałtu na dziecku i nie informuje organów ścigania. Do 2017 roku taka osoba w ogóle nie ponosiła żadnej odpowiedzialności karnej. To Andrzej Duda doprowadził do zmiany tego przepisu. Oprócz tego doprowadził także do stworzenia rejestru pedofilów, do zaostrzenia kar z uwzględnieniem nieprzedawnialności tych przestępstw. Dlatego, jeżeli słyszę dzisiaj, że to on chroni pedofilów, to jest to po prostu skrajnie nieuczciwe. 

Chyba nie chce Pan powiedzieć, że PO broni? 
Kiedy było głosowanie w parlamencie w tamtej kadencji, to pamiętam, że PO, kiedy daliśmy projekt, gdzie było zaostrzenie kar – między innymi w niektórych przypadkach nawet 30 lat pozbawienia wolności – to wyciągnęli karty do głosowania i wyszli z sali. Przecież to jest nienormalne, to jest kompletnie chora sytuacja. Teraz zachowują się tak, jakby chcieli o tym zapomnieć. To my stworzyliśmy komisję do spraw pedofilów, oni nawet nie pomyśleli o tym. Więc jeżeli ktoś nie potrafił walczyć z pedofilią, to jest raczej formacja Pana Trzaskowskiego i śmiem nawet twierdzić, że mają wiele dzieci na sumieniu – przez to, że pewne rozwiązania powinny zostać przyjęte już wiele lat wcześniej. 

Zostańmy przy ochronie najmłodszych, o Panu mówią „minister od dzieci” – dlaczego tak mocno zaangażował się Pan akurat w sprawy dotyczące rodziny, adopcji, dzieci? Trzeba przyznać, że w tej kwestii dużo się zmieniło.
Bardzo dużo. Po to też zostałem ściągnięty do resortu sprawiedliwości przez Zbigniewa Ziobro – żeby uporządkować kwestię dotyczącą tzw. przestępczości transgranicznej. Chodzi o uprowadzenia, porwania dzieci za granicę. W ciągu kilku lat udało się w tym kierunku bardzo wiele zrobić. Po kilku latach mogę powiedzieć, że zrobiliśmy reformę w Polsce, dzięki której powstały nowe sądy – wyspecjalizowane sądy, które zajmują się takimi sprawami oraz wyspecjalizowani sędziowie. Wprowadziliśmy zakaz wywozu dziecka z Polski do czasu, kiedy nastąpi prawomocne rozstrzygnięcie sprawy. To jest bardzo ważne, wcześniej dziecko natychmiast po orzeczeniu pierwszoinstancyjnym mogło być wywiezione z Polski. Prokurator może teraz również wprowadzić skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego, jeżeli zauważy jakąś rażącą niesprawiedliwość – tego również wcześniej nie było. Udało się też wywalczyć w UE projekt dotyczący poszanowania tożsamości dziecka – kulturowej, językowej, religijnej. 

Dziecko posługujący się językiem polskim, wychowujący się w wierze chrześcijańskiej, mogło trafić do rodziny muzułmańskiej, mówiącej po arabsku i na odwrót? 
Tak i nie powinno tak być. Ani w jedną, ani w drugą stronę. To łamie tożsamość dziecka. To my to zauważyliśmy, przygotowaliśmy projekt tej poprawki i wszystkie państwa UE ją poparły. Kosztowało nas to 2 lata ciężkiej pracy, a prawie nikt nawet tego nie zauważył. Zauważyły to jednak inne państwa, muszą zmienić swoje systemy prawne i dostosować je do tej poprawki – teraz sędzia musi pytać o pochodzenie dziecka, gdzie się wychowało, w jakim języku mówi. 

A co z odbieraniem dzieci przez niemieckie Jugendamty, o tym swego czasu było bardzo głośno – polskie dzieci urodzone na terytorium Niemiec były traktowane jak niemieckie. 
Tak, problem był i to bardzo poważny, ale dzisiaj już go nie ma. Dzisiaj nawet same Jugendamty dzwonią i mówią, że trzeba znaleźć rodzinę polską dla jakiegoś dziecka, które pochodzi z Polski. Zajęliśmy się również kwestią niealimentacji – art. 209 Kodeksu Karnego, który wcześniej był bardzo niejasno sformułowany. Nie wiadomo było, czy ktoś może być pociągnięty do odpowiedzialności, jeśli wpłacał co miesiąc jedynie część alimentów – nawet w bardzo niewielkiej kwocie. Dlatego my wprowadziliśmy prostą zasadę. Jeśli w przeciągu 3 okresów nie zostanie wpłacona pełna kwota, trzeba ponieść odpowiedzialność karną. 

Mieliście rozliczyć poprzednią ekipę, tyle mówiliście o przekrętach, o mafiach, o niesprawiedliwości, ale jakoś nie słychać o głośnych aresztowaniach. 
Proszę zwrócić uwagę, jakie państwo stworzyła PO za swoich czasów. Można było je grabić na setki miliardów złotych, bo niestety nie potrafiło się bronić. Przepis był wtedy między innymi taki, że jeżeli było podejrzenie o popełnieniu przestępstwa – wyłudzenia VAT – to trzeba było udowodnić co do złotówki o ile uszczuplono Skarb Państwa, więc to trwało bardzo długo, a kara, jaka mogła być to była sankcja przewidziana przez kodeks karny skarbowy – maksymalnie 5 lat pozbawienia wolności, czyli najczęściej kończyło się grzywną. Wyrywali setki milionów, jeśli nie miliardy, a sankcją miała być grzywna! To dla nich przecież był dobry żart. Wprowadziliśmy najwyższą w Europie karę za tego rodzaju przestępczość – 25 lat pozbawienia wolności. To jest cała masa rzeczy, to są dziesiątki ustaw, które wprowadziliśmy, żeby ten proceder ukrócić.

Kilka dni temu, wspomniany wcześniej Grzegorz Schetyna namawiał gliwiczan do głosowania na Trzaskowskiego, proszę mnie, teoretycznego wyborcę niezdecydowanego przekonać do głosowania na Dudę. 
Po pierwsze Andrzej Duda jest wiarygodny w przeciwieństwie do pana Trzaskowskiego. Andrzej Duda obiecał, że obniży wiek emerytalny i to była jego inicjatywa. Trzaskowski, który dzisiaj mami ludzi, że będzie wetował podwyższenie wieku emerytalnego, zapomniał, że w 2012 roku to jego formacja, konkretnie jego ojciec polityczny, Donald Tusk bez konsultacji z narodem, po prostu podwyższył wiek emerytalny, a Trzaskowski w roku 2016 w głosowaniu dotyczącym obniżenia wieku emerytalnego zagłosował przeciw – chciał żeby wiek emerytalny był wyższy. 

Pan mówi o Trzaskowskim, a ja pytałem o Dudę. 
Prezydent Duda jest wiarygodnym politykiem, Trzaskowski nie. To jest polityk gotowy powiedzieć dzisiaj, że on może maszerować w Marszu Niepodległości, chociaż jeszcze niedawno jego środowisko nazywało uczestniczących w nim Polaków faszystami. To on podpisał kartę LGBT, Andrzej Duda podpisał kartę rodziny. Dzisiaj mówi, że on jest przeciwny adopcji przez pary jednopłciowe, to tak naprawdę śmieje się nam w twarz. 

Każdy może zmienić zdanie. 
Zdarza się, ale wtedy się tłumaczymy, dlaczego ale on zmienił prawie we wszystkim, zaprzecza wszystkiemu już teraz, sam sobie za chwilę zaprzeczy, kim jest i z jakiego środowiska się wywodzi. Jeżeli on by wygrał, byłby to wielki cios dla Polski. To by oznaczało odwrócenie wielu reform. Ci ludzie, którzy kiedyś rządzili, oni by powrócili do władzy i śmialiby się z nas wszystkich, z naiwności Polaków. 

Wielki cios? To znaczy, co by się takiego Polsce stało? 
Jest wzrost gospodarczy, Polska radzi sobie pomimo wirusa, radzi sobie najlepiej w Europie. Ponad 90 miliardów poszło w trzy duże tarcze. Jeśli ktoś próbuje kontestować skuteczność tarcz, to niech posłucha tej podsłuchanej rozmowy Budki z Kosiniakiem, gdzie dyskutują, że to jest naprawdę dobre, a potem wychodzą na mównicę i mówią, że jest złe. Jak tak można oszukiwać ludzi? Zastanawiam się, jak można się na to nabrać? 

Rzeczywiście wskaźniki są dobre, ale uważa Pan, że to zasługa rządu? Pomogliście przedsiębiorcom w prowadzeniu działalności? 
CIT jest najniższy w Europie – 9%, obniżyliśmy PIT, stworzyliśmy Konstytucję dla Biznesu, czyli wiele ułatwień dla przedsiębiorców, dla startupów, zerowy podatek dla młodzieży do 26 roku życia. Tego wcześniej nie było. Dzisiaj młodzi ludzie nie muszą płacić podatku. Platforma nie miała się czym chwalić, to oni podwyższali podatki, ja to pamiętam – jak tylko przejęli władzę, podnieśli składkę rentową dla przedsiębiorców – to w nagrodę za to, że wygrali właśnie dzięki głosom przedsiębiorców. Niech te czasy już nigdy nie wracają. Polska to kraj demokratyczny, praworządny, fajnie się rozwijający, mający wręcz historyczną szansę na rozwój, ale mający niestety fatalną opozycję, wręcz destrukcyjną.